Nie zawracałam nim sobie długo głowy tylko szybko poszłam w
stronę szatni
- o widzę, że nasza szkolna fajtłapa znalazła już sobie
drugiego adoratora. No brawo! Najpierw Josh teraz Matt, czym nas jeszcze
zaskoczysz? – Charlotte podeszła do mnie z tym swoim specyficznym wyrazem
twarzy. Nie odzywałam się, bo stwierdziłam, że nie warto, chciałam przejść obok
niej, ale zagrodziła mi drogę – ale dokąd to my się wybieramy? Nie porozmawiasz
ze swoją koleżanka z klasy?
- Charlotte, daj mi spokój, nie chce mi się dzisiaj z tobą
użerać. Mam ciekawsze rzeczy do robienia niż rozmowa z tobą
- o proszę czyli jednak potrafisz mówić – zrobiła zaskoczony
wyraz twarzy
- tak potrafię, a teraz grzecznie cię proszę zejdź mi z
drogi – powiedziałam spokojnie
- a jak nie to co mi zrobisz? – miałam jej już dość więc
lekko ją odepchnęłam, co nie okazało się lekko, bo Charlotte uderzyła z hukiem
o szafki, a ja nie byłam w stanie zrozumieć co się właściwie wydarzyło – czy ty
jesteś nienormalna?! Przecież ty chciałaś mnie zabić! Na mózg ci do reszty
siadło! Zobaczysz jeszcze się policzymy – wysyczała i w mgnieniu oka wyszła z
szatni, a za nią poszły te jej najlepsze przyjaciółki. Usiadłam na ławce, bo
nie byłam w stanie przetrawić wszystkich informacji, co u licha się tutaj
stało, albo mam coś z głowa, albo to jeden wielki sen. Nigdy nie śmiałabym
kogokolwiek uderzyć, a zwłaszcza Charlotte, nie chciałam zrobić tego, aż tak
mocno… cos dziwnego się tutaj dzieje, a ja dowiem się co… szybko wzięłam
wszystkie moje rzeczy podeszłam do szafek na korytarzu, spakowałam wszystkie
książki i wyszłam ze szkoły. Nie mogłam tutaj zostać, zwłaszcza teraz kiedy
Charlotte jest gotowa mnie zabić. Udałam się piechotą do domu gdy już tam byłam
odłożyłam wszystkie niepotrzebne rzeczy i wzięłam ze sobą tylko telefon i kluczyki
od samochodu. Wyjechałam z garażu i ruszyłam prosto przed siebie. Jechałam do
miejsca, które znałam doskonale. Był to las, który w swojej głębi posiada cudny
wodospad. Gdy tak jechałam mój telefon zaczął dzwonić na ekranie pojawiło się
imię Josh, ale nie miałam zamiaru odbierać, teraz chciałam być sama, w końcu
nieustannie dzwoniący telefon zaczął mnie denerwować więc go wyłączyłam.
Dojechałam na miejsce zamknęłam auto i spacerkiem udałam się ścieżką w stronę
wodospadu. Najpiękniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, iż tylko ja znam to
miejsce, nikt inny nawet nie wie o jego istnieniu, przez to jest dla mnie
jeszcze piękniejszym, przyjeżdżam tu wtedy gdy chcę o czymś pomyśleć lub po
prostu pomyśleć. W końcu dotarłam do mojej oazy, usiadłam na kamieniu i
patrzyłam na swobodnie lecącą wodę. Zaczęłam się zastanawiać czy aby moje
relacje z Joshem nie rozwijają się za szybko, no bo przecież znamy się dopiero
tydzień, no nie cały dokładnie to sześć dni, ale to nie ważne, wiem, że coś
ciągnie mnie do niego, lecz jeszcze nie wiem co to jest? Być może to miłość, a
co jeśli to tylko głupie zauroczenie i mi przejdzie, wtedy nie była bym fair w
stosunku do Josha, gdyż on wyznał mi co do mnie czuje. Myślę, że jak na razie
powinniśmy się lepiej poznać, do tej pory myślałam, że Josh jest miłym
chłopakiem nie zdolnym zrobić nikomu krzywdy, jednak wczorajsza noc, ta
cholerna noc dużo mi uświadomiła. Uświadomiła mi, że nie znam Josha tak bardzo
jak mi się wydawało. To głupie uczucie, przez jedno wydarzenie tak zmienić nastawienie
do czyjejś osoby. Oczywiście ja Josha nadal bardzo lubię, ale można powiedzieć,
że teraz zaczęłam się go bać. Nim się obejrzałam minęła godzina czternasta, a
ja musiałam się śpieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy, pobiegłam w stronę
samochodu i ruszyłam w wyznaczone miejsce. Z tego pośpiechu zapomniałam włączyć
telefonu. Dobrze, że w okolicy nie było policji, bo gdyby była to mandat
miałabym gwarantowany. Zauważyłam szyld naszej kafejki gdy była godzina 14.50,
co oznacza, że miałam jeszcze dziesięć minut czasu do rozpoczęcia mojej zmiany.
Zaparkowałam, na pierwszym wolnym miejscu i wysiadłam, kierowałam się ku
wejściu gdy nagle nieznana mi osoba przytuliła mnie, po chwili nieznana mi
osoba była mi już znana, wszędzie rozpoznałabym te niebiańskie perfumy, Josh
- Wiktorio West, zabraniam ci kiedykolwiek mnie tak straszyć
jak dzisiaj, gdzieś ty się podziewała dziewczyno? Dzwoniłem do ciebie chyba ze
sto razy, przeszukałam cały Londyn, żeby cię znaleźć, ale nigdzie cię nie było,
więc tłumacz się gdzie byłaś i dlaczego chcesz żebym umarł zamartwiając się o
ciebie? – mówił jak najęty
- okej, po pierwsze to się uspokój, bo zaraz wybuchniesz z
nerwów – zaśmiałam się
- i ty się jeszcze śmiejesz, ja tutaj na zawał schodzę
- ej spokojnie, żyje nic mi nie jest widzisz, umiem o siebie
zadbać – powiedziałam spokojnie, żeby się już tak nie martwił
- tak na szczęście nic ci nie jest, ale czemu wyłączyłaś
telefon? – spytał zaciekawiony
- chciałam być sama – spojrzał na mnie pytająco, więc
dodałam – później ci opowiem dobrze?
- dobrze, a teraz zmykaj, bo spóźnisz się do pracy, będę po
ciebie o równej 19 jasne?
- tak wszystko jest jak najbardziej jasne, tylko czy mógłbyś
odstawić moje auto do mojego domu?
- no pewnie! Tylko daj mi kluczyki – wyciągnęłam kluczyki z
mojej kieszeni i dałam je Joshowi -
dobra to ja zmykam, widzimy się o dziewiętnastej, pa! – powiedziałam i dałam mu
całusa w policzek
- pa! – odpowiedział radośnie, gdy weszłam do lokalu
usłyszałam dźwięk odpalanego silnika od mojego auta, popatrzyłam przez szybę po
czym usłyszałam donośny dźwięk klaksonu, a dopiero potem Josh odjechał. Praca przebiegła
bardzo szybko mimo, że dzisiaj klienci byli bardzo wybredni, to, kawa była za
zimna, to ciasto było wysuszone, marudzili jak małe dzieci, no ale cóż, klient nasz
pan. Nim się obejrzałam była już 19.00, nie powiem byłam trochę zdenerwowana,
układałam w głowie wszystko co chciałam dzisiaj powiedzieć Joshowi. Byłam ciekawa
jak zareaguje. Oby wszystko poszło po mojej myśli. Przebrałam się w swoje
normalne ciuchy wzięłam torbę i wyszłam na zewnątrz. Josha jeszcze nie było
przez co byłam zaskoczona, przecież on się nigdy nie spóźnia, no chyba, że
chodzi o szkołę. Usiadłam na krawężniku i postanowiłam na niego poczekać, może
miał coś do załatwienia i mu się przedłużyło. Czekałam cierpliwie już 10 minut,
po kolejnych pięciu już zaczynałam się trochę irytować gdy spóźniał się już
dwadzieścia minut postanowiłam sobie pójść. Po drodze już go nie spotkałam,
olał mnie. Zawiedziona jego zachowaniem weszłam do domu. Nie miałam dzisiaj już
na nic siły więc bez mycia się, ubrałam bluzkę do połowy ud kiedy miałam się
już kłaść na podłodze zauważyłam bransoletkę, była dość dziwna, miała kolor
czarny, a oprócz tego wydawała od siebie czarny blask chciałam ją wziąć do
ręki, ale mnie sparzyła syknęłam z bólu i szybko ją puściłam po pewnym czasie
przyglądania się jej spróbowałam jeszcze raz ją dotknąć tym razem nic się nie
stało, bransoletka była zimna, jakim cudem? Przecież dopiero co nie dało jej
się dotknąć. Po krótkim zastanowieniu otwarłam szafę i położyłam ową rzecz na jej
dno. Zamknęłam szafę i położyłam się do
łóżka. Moje myśli zajął Josh, dlaczego się nie pojawił? Czyżby był na mnie zły?
Nie to raczej nie wchodziło w grę. Wiki ty geniuszu, czemu do niego nie
zadzwoniłaś? Odezwała się moja podświadomość, szybko sięgnęłam po telefon i
wykręciłam jego numer, pierwszy sygnał, drugi trzeci, czekałam jeszcze chwilę,
po czym odezwała się poczta głosowa. Zrezygnowana odłożyłam telefon na szafkę nocną i znów się położyłam,
po chwili usnęłam.
Trafiłam na twojego bloga przypadkiem i stwierdzam,że bardzo fajnie piszesz :*
OdpowiedzUsuńSerdecznie zapraszam do przeczytania mojego i jakiejś nawet skromnej oceny w komentarzu http://newcompany-zaynmalik-ff.blogspot.com/ :D
Pozdrawiam i życzę weny !
Świetny rozdział, mam nadzieję, że kolejny pojawi się szybko :)
OdpowiedzUsuńMogłabyś wtedy powiadomić mnie o nim na moim blogu w zakładce spam? Bede wdzieczna :) http://forever-young--styles-fanfiction.blogspot.com
Zapraszam do komentowania ;)