piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 1

Wstałam dziś bardzo wcześnie co jest dość dziwne jak na mnie, no ale nieważne jest sobota mam wolne od szkoły i pracy, dlatego jedyne co dzisiaj zrobię to pójdę  na zakupy, potem posprzątam w domu, a na koniec wyczuwam maraton filmowy z moim najlepszym przyjacielem popcornem. Ubrałam się tak jak zawsze czyli zwykłe dżinsy, top, a na niego założyłam koszule w kratę. Zeszłam na dół wyciągnęłam miskę, mleko i płatki, oczywiście czekoladowe. Zjadłam szybko swoje śniadanie i wyszłam z domu, wzięłam ze sobą trochę pieniędzy. Zastanawiałam się czy nie wziąć ze sobą samochodu, ale pogoda jest taka piękna, że szkoda tracić czas na jazdę samochodem. Poszłam do najbliższego sklepu w mojej okolicy, bo raczej dalej nie będzie mi się chciało iść.
-dzień dobry- witam się ze sprzedawczynią, która ma tak na oko 38 lat
-dzień dobry- odpowiada
Szłam przez wszystkie alejki i wrzucałam wszystko co się tylko da do mojego koszyka. Na koniec zostawiłam sobie dział ze słodyczami oczywiście. Jej jak ja się cieszę, zostały mi moje ostatnie ulubione żelki. Już miałam po nie sięgać gdy uprzedził mnie ktoś inny
-  Hej! Oddawaj! Ja je chciałam wziąć- mówię bezczelnie, ale to w końcu moje ulubione żelki
-no właśnie ty chciałaś je wziąć a ja to zrobiłem- mówi, co to w ogóle za bezczel jak tak można się odzywać, ja się pytam?!
- no proszę cie oddaj mi je, idź sobie kupić coś innego
- ale ja nie chcę, to są moje ulubione…
- no wyobraź sobie, że moje też
- no to ja mam pomysł… podzielimy się nimi, co ty na to?- myślałam chwilę nad ta propozycją, i doszłam do wniosku, że jeśli nie uda mi się ich wyrwać z jego rąk to się podzielimy
- no dob… - i w tej chwili wyrwałam mu niespodziewanie paczkę z rąk i zaczęłam mu uciekać z pełnym koszykiem jedzenia, to był trochę głupi pomysł, no ale to w końcu ja.
- hej! Oddaj, ja to pierwszy sobie zabrałem! – mówi chyba z udawanym gniewem, mój oprawca
- a ja to wzięłam ostatnia!- mówię… jak on ma na imię? Nieważne, mówię po prostu ze śmiechem, przez moją chwilową rozkmine nie zauważyłam, że bezimiennik zbliżył się do mnie w dużym stopniu, a że ze mnie jest duża gapa potknęłam się i razem runęliśmy na ziemię, tak że on przygniatał mnie całym swoim ciałem – złaź ze mnie… dusisz mnie ty grubasie! – mówię tłumiąc śmiech
- ja jestem gruby?! Ja?!
- tak ty nie słyszałeś co powiedziałam? Jak nie to umyj sobie uszy
- hah.. zabawne.. Josh jestem, a ty?
- ja jestem przygniatana przez twoje wielkie cielsko, a co?
- hahahahaha… nie możesz chociaż na chwile opanować swojej wredoty?- mówił z uśmiechem, ale po chwili przestał się uśmiechać i spojrzał mi głęboko w oczy, właśnie w tym Momocie, spadł na nas mój koszyk z wszystkimi produktami, które się tam znajdowały, dużo tego było. A na koniec jeszcze ten wielki arbuz, który…
- ała! Moja głowa…
- spokojnie raczej nic się tam nie uszkodziło.
- oj no bardzo zabawna jesteś, ja tutaj umieram
- okej przepraszam… chcesz się przytulić?- zapytałam się z zaciszem na twarzy
- a mogę?- zapytał z nadzieją i rozbawieniem, pokiwałam przecząco głową
- nie, żartowałam, ale za to, że uratowałeś mnie przed tym wielkim arbuzem, podziele się z tobą moimi żelkami
- och jakaś ty hojna… a tak właściwie to powiesz mi jak masz na imię?
- tak, jeśli ze mnie zejdziesz…
- ale mi tu jest tak wygodnie
-złaź, albo cię zrzucę- zagroziłam
- no oke…- nie miałam już prawie tchu, dlatego zepchnęłam go z siebie, a Josh popatrzyła na mnie jakby chciał mnie zabić- tak wiem, że jestem okropna, ale niestety taka bóg mnie stworzył, a wracając do twojego poprzedniego pytania, to mów do mnie Wiki
- wiesz, masz bardzo ładne imię, a teraz chodź pomogę ci to wszystko włożyć powrotem do koszyka
- dzięki, ale nie musisz się kłopocić
- no wiem, ze nie muszę, ale chcę
- no dobrze ty mój rycerzu
Nasze pakowanie produktów do koszyka nie obyło się oczywiście, bez żartów. Josh to naprawdę świetny facet, teraz miałam również czas aby lepiej mu się przyjrzeć, był on wysokim postawnym brunetem z włosami, które układały się w nieład, zabójczym uśmiechu i do tego jeszcze jego hipnotyzujące oczy, który kolorem przypominały węgiel, naprawdę nigdy w swoim życiu nie widziałam tak cudownych oczu… dobra Wiki przestań bo zaczynasz dramatyzować, a do tego gadasz sama do siebie, cicho! Poza tym to po prostu przystojny chłopak, Wiki ślinisz się do niego… co?! Ja się nie ślinię, dobra zaczynam popadać w paranoje. Potrząsnęłam głowa żeby odgonić moje dziwne myśli, ale chyba to dziwnie wyglądało, bo Josh patrzył na mnie jak na osobę psychiczną
- Wiki? A może pomóc ci to zanieść do domu, trochę sporo jest tutaj tych toreb
- dziękuje, ale czy to nie będzie dla ciebie za duży kłopot? Wiesz nie chce żebyś myślał, że cię wykorzystuję
- przestań tak głupio gadać, a teraz idziesz grzecznie do kasy, a ja pomogę ci to potem wszystko do domu zanieść , bez gadania
-tak jest!- gadaliśmy jeszcze trochę w drodze do kasy, mówiliśmy głównie o naszych zainteresowaniach, dowiedziałam się, że bardzo lubi biegać, i ogólnie ćwiczyć, oraz grać na gitarze, powiedziałam mu, że lubię grać na pianinie, śpiewać, tańczyć i rysować, moje rozmyślania przerwała kasjerka, która poprosiła o pieniądze.  Podczas płacenia Josh zdążył już spakować wszystko do toreb, uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, oczywiście nie pozwolił mi trzymać więcej niż jedną torbę wszystko było by dobrze gdyby w tej torbie nie znajdowały się same płatki. Miałam trochę ubaw z Josha bo szedł opakowany jak wielbłąd. Cieszę się, że mi pomógł nie mam bladego pojęcia jakbym sobie poradziła gdyby miała to wszystko sama nieść. Sklep był blisko domu dlatego nie musieliśmy daleko tego wszystkiego nieść
- Josh, a mogę wiedzieć co ty tu robisz w tych rejonach, nigdy cię tu nie widziałam, a mieszam tu od bardzo dawna, wychodzę na wścibską?
- co? Nie! Oczywiście, że nie przeprowadziłem się tutaj z kanady
- no nie powiesz mi, że nie jesteś Brytyjczykiem, przecież masz taki akcent, no chyba, że się nauczyłeś
- nie, nie uczyłem się akcentu, do dziesiątego roku życia mieszkałem w Londynie
- no to fajnie, a to jest właśnie mój dom, a może chciałbyś wejść, wczoraj robiłam babeczki?
- babeczki powiadasz?
- yhy…
- a czy w twoim menu znajdzie się również herbatka?
- jak sobie życzysz, u mnie zawsze znajdzie się herbata
- mieszkasz sama?
- tak, ale często przychodzi tu moja przyjaciółka
- a rodzice? – i to było pytanie, które mnie zgubiło
- ymm… oni zginęli w wypadku samochodowym kiedy miałam 5 lat
- ja pierdole, ale ja jestem głupi, przepraszam nie powinienem pytać, naprawdę mi przykro, nie chciałem cię urazić
- spokojnie nic się nie stało, czas leczy rany, ale pozostają blizny, mogłeś się spytać, przeciez nie wiedziałeś, nie mam ci tego za złe
- no wiem, ale mogłem nie zaczynać tematu
- a ja już ci powiedziałam, że nic się nie stało… najlepiej zmieńmy temat… ile masz lat?
- a na ile ci wyglądam
- no nie wiem, może 50.. nie to za mało 61, zgadłam?
- ja ci dam 61, jeszcze kiedyś pożałujesz tych słów- mówił z zawadiackim uśmiechem
- oj no żartowałam… to jak 19, 20 cos koło tego prawda?
- no teraz to trafiłaś, mam dziewiętnaście lat, i w ogóle to wiem że kobiet się o wiek nie pyta, ale jeśli zgodzisz się mi powiedzieć…
- jestem od ciebie o rok młodsza… do której szkoły będziesz chodził, bo zakładam że jednak do jakiejś będziesz chodził
- no pewnie, ze tak… do school In London, wiesz to jest jakieś piętnaście minut stąd na piechotę
- tak wiem, też tam chodzę i szczerze to już ci współczuje, jak Charlotte widzi jakiegoś nowego chłopaka w szkole to od razu lepi się do niego jak jakaś pijawka, a do tego kiedy chłopak jest przystojny i wysportowany to po prostu…

- czekaj… czyli, że jestem przystojny i wysportowany? – zapytał mnie z tym swoim głupim uśmieszkiem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz