niedziela, 10 lipca 2016

UWAGAUWAGAUWAGAUWAGA

Cześć wam wszystkim! Dawno mnie nie było, ale chce wam wszystkim powiedzieć, że dalsze losy opowiadanie są kontynuowane na wattpadzie historia nosi tytuł: czuć, kochać, umierać, na koncie neyjr44402


ZAPRASZAM!

środa, 30 grudnia 2015

Rozdział 15

Leniwie wyszłam z łóżka, wykonałam standardowe poranne czynności.  Z tego co mówił mi Josh Will to naprawdę świetny facet, chociaż może trochę skryty. Po zjedzonym śniadaniu zadzwoniłam do Jess, po dwóch sygnałach odebrała
- haloo… - ziewnęła, co oznacza, że najprawdopodobniej ją obudziłam
- no siema! To ja! – krzyknęłam do słuchawki i wyobraziłam sobie już jej skrzywioną twarz na mój wyskoki ton głosu
- czego ode mnie chcesz o tak wczesnej porze gadzie niemyty – roześmiałam się
- a nic szczególnego, chciałam z tobą pogadać, bo mi się nudzi – po chwil dodałam – a, no i się stęskniłam za twoim głosem
- aha, już to widzę, no dobra nieważne, co ty na to, żeby się spotkać na kawę, dawno z tobą nie plotkowałam, wiesz
- plotkowałyśmy przecież dwa dni temu, no ale jak tak bardzo chcesz to muszę się zgodzić, tylko, że mam czas do 13.00 bo potem jestem już umówiona
- uuuu… a kto to taki, czyżby to niejaki Josh?
- opowiem ci wszystko jak się spotkamy – odpowiedziałam               
-no weź, będziesz mnie trzymać w niepewności przez ten czas?
- Tak będę
- to spotkajmy się o 10.00 tam gdzie zawsze, pasuje ci?
- oczywiście
- no to do zobaczenia
- na razie – pożegnałam się  z Jess i wyszłam z domu była 09.33 wolnym krokiem udałam się do naszej ulubionej kafejki, pogoda dzisiaj była znośna, nie było za ciepło, ale na szczęście nie padało. Już widziałam czerwony szyld miejsca naszych spotkań, spojrzałam na zegarek była 09.50 co oznacza, że będę przed umówionym czasem, trochę kiepsko, będę musiała poczekać dwadzieścia, a nie dziesięć minut na Jess, no bo przecież ona zawsze się spóźnia, trudno się mówi. Weszłam do pomieszczenia, w którym wyraźnie było czuć zapach kawy i ciasta, mniam. Usiadłam w miejscu, z którego miałam najlepszy widok na ulicę, po niedługim czasie podszedł do mnie kelner gotowy do przyjęcia  zamówienia, wzięłam dwa razy  late macchiato gdyż i ja i Jess kochamy ten rodzaj kawy. Po pięciu minutach kelner przyniósł mi zamówienie. Spojrzałam na zegarek wiszący na moim nadgarstku była już 10.04, czyli się nie pomyliłam Jess jak zwykle spóźniona wypiłam już połowę swojej kawy kiedy drzwi od kafejki otwarły się z hukiem, a w nich stała zdyszana Jess, próbowała odszukać mnie wzrokiem, gdy już się jej to udało z uśmiechem wymalowanym na twarzy podeszła do mnie.
- no hej, przepraszam za spóźnienie, ale po rozmowie z tobą tak trochę mi się przysnęło i obudziłam się kilka minut przed dziesiątą, nawet nie wiesz w jakim tempie tutaj dotarłam, jakaś flądra mnie opierniczyła, bo przez przypadek na nią wpadłam, a przecież to ona trzymała telefon przy uchu i miała gdzieś co się dzieje na ulicy
- jak ja tęskniłam za tym twoim gadaniem, tylko nie zapominaj, że czasami trzeba oddychać – zaśmiała się i usiadła naprzeciwko mnie na krześle – zamówiłam ci już kawę, powiedziałam i podsunęłam pod jej nos napój
- mmm… macchiato, moja ulubiona, jak ty dobrze mnie znasz
- dziewczyno, przecież przychodzimy tutaj przynajmniej raz w tygodniu, a ty zawsze zamawiasz to samo, no chyba dziwne jest to, że wiem jaka kawa najbardziej ci odpowiada – powiedziałam wesoło na co ona tylko wyszczerzyła się w moją stronę
- no wiem, no wiem, ale teraz koniec już o tym, ty lepiej opowiadaj co tam u tego całego Josha, będą z tego dzieci?
- Jess o czym ty mówisz, na razie nawet nie jesteśmy razem
-na razie powiadasz, czyli że wszystko może się jeszcze zmienić?
- ty mnie lepiej nie łap tak za słowa, poza tym nie znam go jeszcze za dobrze, żebyśmy mogli być razem – powiedziałam już lekko zarumieniona, matko jak ja tego nie cierpię, czemu muszę się rumienić w tak nieodpowiednich chwilach
- ale wiesz co? – zapytała się mnie, a ja posłałam jej spojrzenie które mówiło, żeby kontynuowała – chyba Josh nie jest ci obojętny, nie no co ja gadam on na sto procę nie jest ci obojętny, bo gdyby był to nie rumieniłabyś się na każde, chociażby jedno wspomnienie o nim – uśmiechnęła się do mnie dwuznacznie
- ja się wcale nie rumienię – zaprzeczyłam
- yhy na pewno, tylko powiedz mi co to jest? – zapytała się i położyła dłonie na obydwu moich policzkach
- to jest uczulenie, na… na… - nie wiedziałam co powiedzieć
- no właśnie, widzisz nawet ty nie masz sensownego wytłumaczenia na to – zaśmiała się, a po chwili ja dołączyłam do niej – no dobra, sprawę rumieńca mamy już za sobą więc, teraz proszę mi powiedzieć – zrobiła pauzę, co miało budować atmosferę – gdzie się dzisiaj z nim wybierasz?
- więc… - chciałam zacząć, ale mi przerwałam
- nie zaczyna się zdania od więc
- mistrzyni angielskiego się znalazła
- no wiesz, nie chcę ci mówić, ale ostatnio z testu dostałam piątkę, a ty tylko czwórkę, więc kto jest mądrzejszy w tym gronie? – zapytała, a zaraz po  tym zaczynała wskazywać kciukami na siebie, jakby chciała mi dać podpowiedź
- no chyba nie ty! – przekomarzałyśmy się jeszcze chwilę, a potem Jess zaczęła
- ej! Nie próbuj się wymigać od udzielenia mi odpowiedzi na wcześniejsze pytanie, jakbyś zapomniała brzmiało ono… gdzie zaprasza cię dzisiaj ten przystojniaczek?
- to znaczy, nie idziemy na żadną randkę, tak właściwie to mam poznać jego przyjaciół, a tak dokładniej to tylko drugiego, bo pierwszego już znam
- czyli pan „jestem sexy” ma jeszcze dwóch przyjaciół?
- Jess, nie nazywaj go tak, to dziwne – zaczęła się śmiać – a odpowiadając na twoje pytanie to tak jeden z nich to Luke, a drugi to Will
- hymn, Will…  znajome imię, nie sądzisz? – pomyślałam przez chwilę i próbowałam sobie przypomnieć, czy nie znam kogoś o takim imieniu, jednak nic konkretnego nie przychodziło mi na myśl, wzruszyłam ramionami
- nie przypominam sobie nic… - gadałyśmy tak do umówionej godziny, a potem na pożegnanie, dałyśmy sobie całusy w policzek, ja poszłam w stronę mojego domu  a Jessica swojego, szybko weszłam do mieszkania, przebrałam się w inne ciuchy zamiast obiadu postanowiłam zjeść zwykłe jabłko, trochę nie zdrowo, ale nie miałam czasu na coś co lepiej zaspokoiło by mój głód. Usłyszałam jak Josh podjeżdża pod mój dom, wyszłam z domu uprzednio zakładając czarne tenisówki, zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę jego ścigacza, niestety, ale nie był dzisiaj autem. Ściągnął kask i podszedł do mnie
- cześć mała – powiedział i przytulił mnie do siebie, a ja poczułam zapach jego perfum
- hej, jedziemy?

- jedziemy – podał mi kask, a ja już bez problemu go założyłam, Josh wsiadł na motor, a ja zaraz za nim, zaplotłam ręce na jego brzuchu – gotowa? - nic nie mówiłam tylko pokiwałam głową na znak, że może ruszać, włączył silnik i ruszyliśmy z miejsca.  

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 14

Była czwarta nad ranem gdy obudził mnie jakiś szelest szybko podniosłam się do pozycji siedzącej. Dziwne dźwięki dochodziły najprawdopodobniej z dołu. Wyciągnęłam kij bejsbolowy spod mojego łóżka, pewnie zastanawiacie się skąd mam taki kij pod łóżkiem, już tłumacze jak byłam mniejsza to czasami sobie grałam w basseballa, takie małe hobby, ale już mi przeszło. Nieważne, po cichu wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę salonu. Tak jak mi się zdawało, włamywacz, no bo chyba tak mogę go nazywać stał tam. Było strasznie ciemno, a on stał do mnie tyłem więc skorzystałam z okazji, uniosłam kij do góry i z całej siły uderzyłam go, nie jestem w stanie stwierdzić gdzie dokładnie go uderzyłam, ale byłam pewna, że na pewno zabolało.
-AŁAA!! – wydarł się… Josh?! Szybko włączyłam światło i zobaczyłam jak brunet leży na podłodze z rękami przyłożonymi do lewego boku
- Matko Boska! Josh nic ci się nie stało, przepraszam nie chciałam, nie wiedziałam, że to ty, naprawdę cię przepraszam, ale było ciemno, przepraszam – mówiłam spanikowana  
- mała, spokojnie, nic mi nie jest, trochę boli, ale przeżyje, nie martw się to nie twoja wina, w końcu ja przyszedłem tutaj bez zapowiedzi, naprawdę nic się nie stało – podczas mówienia usiadł na kanapie, a ja usiadłam obok niego
- jeszcze raz przepraszam, trochę spanikowałam – powiedziałam z uśmiechem
- trochę? – zapytał sarkastycznie i uniósł jedną brew do góry, na co ja pokiwałam lekko głową – no nie wydaje mi się  - tez się uśmiechnął – a teraz gadaj, skąd masz ten kij? – zaśmiałam się
- jak byłam trochę mniejsza to czasami sobie grałam, a kiedy już przestałam to postanowiłam go nie wyrzucać, bo byłam do niego przywiązana, a teraz ty gadaj, jak się tutaj dostałeś, co?
- przez okno – powiedział spokojnie jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie – było otwarte – wyprostował swoją odpowiedź
- serio? – zdziwiona popatrzyłam na okno i faktycznie było otwarte
- powinnaś bardziej uważać, co by było gdybym to nie był ja?
- poradziła bym sobie, jak sam widziałeś – dumnie podniosłam głowę do góry, nastała chwila ciszy, którą postanowiłam przerwać – dlaczego cię dzisiaj nie było, czekałam przed sklepem jak głupia, mogłeś chociaż zadzwonić albo wysłać esemesa, że jednak nie dasz rady
- wiem przepraszam cię, ale miałem coś pilnie zrobić, to nie mogło poczekać
- to co musiałeś zrobić? – zapytałam zaciekawiona
- dowiesz się obiecuje, ale jeszcze nie teraz
- umm, jasne, chcesz może herbaty?

-chętnie – ruszyłam w stronę kuchni, a Josh szedł za mną jak cień postawiłam czajnik z wodą na gazie  wyciągnęłam kubki i wrzuciłam do nich po saszetce herbaty. Usiadłam na blacie i czekałam, aż woda się zagotuje. Siedzieliśmy w zupełniej ciszy. On na krześle, a ja obok niego. Żadne z nas nie odważyło się przerwać panującej ciszy, czułam na sobie wzrok Josha jednak nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Czułam jak jego świdrujący  wzrok wypala we mnie dziurę. Kątem oka zauważyłam jak Josh chce coś powiedzieć, ale zaraz zamknął buzię. Po chwili czajnik zaczął gwizdać, zeskoczyłam z blatu i zalałam obydwa kubki parującą cieczą, podałam jeden z nich Joshowi i ruszyłam w stronę mojego pokoju usiadłam na łóżku uprzednio kładąc  garnuszek na stoliku nocnym, Josh zrobił to samo i usiadła naprzeciwko mnie
 - wiec… - zaczął – pewnie zastanawia cię moje zachowanie podczas tej nocy w parku? – zapytał, a ja twierdząco pokiwałam głową – nie lubię gdy ktoś krzywdzi osoby na których mi zależy, a jemu się to należało
- Josh ale ty nie masz prawa osądzać innych – ze spokojem odpowiedziałam
- wiem, że nie mam, ale to było silniejsze ode mnie, nie chciałem cię przestraszyć i nie chcę żebyś się mnie bała, nie o to mi chodziło, nie chciałem wywołać u ciebie strachu, powiedz, czy , czy ty nadal się mnie boisz?- wiesz… teraz już nie mam raczej czego się bać, mój stary Josh wrócił – uśmiechnęłam się do niego na co on odpowiedział mi tym samym – ale muszę z tobą porozmawiać o czymś jeszcze – spoważniałam, a on w oczach miał strach? – myślę, że nie powinniśmy być razem, bo tak naprawdę to ja wcale cię nie znam, możemy spróbować, ale jeszcze nie teraz potrzebuję czasu, nie miej mi tego za złe – niemalże szeptałam
- rozumiem, to trochę za szybko się potoczyło – ulżyło mi, że nie był na mnie zły
- czyli, że teraz między nami wszystko okej? – zapytałam
- tak, wszystko w jak najlepszym porządku – gadaliśmy jeszcze do godziny ósmej rano, potem Josh musiał wracać do domu, powiedział mi, że przyjedzie po mnie o czternastej no bo w końcu mam poznać dzisiaj jeszcze drugiego z jego przyjaciół Willa.

środa, 23 grudnia 2015

Rozdział 13

Nie zawracałam nim sobie długo głowy tylko szybko poszłam w stronę szatni
- o widzę, że nasza szkolna fajtłapa znalazła już sobie drugiego adoratora. No brawo! Najpierw Josh teraz Matt, czym nas jeszcze zaskoczysz? – Charlotte podeszła do mnie z tym swoim specyficznym wyrazem twarzy. Nie odzywałam się, bo stwierdziłam, że nie warto, chciałam przejść obok niej, ale zagrodziła mi drogę – ale dokąd to my się wybieramy? Nie porozmawiasz ze swoją koleżanka z klasy?
- Charlotte, daj mi spokój, nie chce mi się dzisiaj z tobą użerać. Mam ciekawsze rzeczy do robienia niż rozmowa z tobą
- o proszę czyli jednak potrafisz mówić – zrobiła zaskoczony wyraz twarzy
- tak potrafię, a teraz grzecznie cię proszę zejdź mi z drogi – powiedziałam spokojnie
- a jak nie to co mi zrobisz? – miałam jej już dość więc lekko ją odepchnęłam, co nie okazało się lekko, bo Charlotte uderzyła z hukiem o szafki, a ja nie byłam w stanie zrozumieć co się właściwie wydarzyło – czy ty jesteś nienormalna?! Przecież ty chciałaś mnie zabić! Na mózg ci do reszty siadło! Zobaczysz jeszcze się policzymy – wysyczała i w mgnieniu oka wyszła z szatni, a za nią poszły te jej najlepsze przyjaciółki. Usiadłam na ławce, bo nie byłam w stanie przetrawić wszystkich informacji, co u licha się tutaj stało, albo mam coś z głowa, albo to jeden wielki sen. Nigdy nie śmiałabym kogokolwiek uderzyć, a zwłaszcza Charlotte, nie chciałam zrobić tego, aż tak mocno… cos dziwnego się tutaj dzieje, a ja dowiem się co… szybko wzięłam wszystkie moje rzeczy podeszłam do szafek na korytarzu, spakowałam wszystkie książki i wyszłam ze szkoły. Nie mogłam tutaj zostać, zwłaszcza teraz kiedy Charlotte jest gotowa mnie zabić. Udałam się piechotą do domu gdy już tam byłam odłożyłam wszystkie niepotrzebne rzeczy i wzięłam ze sobą tylko telefon i kluczyki od samochodu. Wyjechałam z garażu i ruszyłam prosto przed siebie. Jechałam do miejsca, które znałam doskonale. Był to las, który w swojej głębi posiada cudny wodospad. Gdy tak jechałam mój telefon zaczął dzwonić na ekranie pojawiło się imię Josh, ale nie miałam zamiaru odbierać, teraz chciałam być sama, w końcu nieustannie dzwoniący telefon zaczął mnie denerwować więc go wyłączyłam. Dojechałam na miejsce zamknęłam auto i spacerkiem udałam się ścieżką w stronę wodospadu. Najpiękniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, iż tylko ja znam to miejsce, nikt inny nawet nie wie o jego istnieniu, przez to jest dla mnie jeszcze piękniejszym, przyjeżdżam tu wtedy gdy chcę o czymś pomyśleć lub po prostu pomyśleć. W końcu dotarłam do mojej oazy, usiadłam na kamieniu i patrzyłam na swobodnie lecącą wodę. Zaczęłam się zastanawiać czy aby moje relacje z Joshem nie rozwijają się za szybko, no bo przecież znamy się dopiero tydzień, no nie cały dokładnie to sześć dni, ale to nie ważne, wiem, że coś ciągnie mnie do niego, lecz jeszcze nie wiem co to jest? Być może to miłość, a co jeśli to tylko głupie zauroczenie i mi przejdzie, wtedy nie była bym fair w stosunku do Josha, gdyż on wyznał mi co do mnie czuje. Myślę, że jak na razie powinniśmy się lepiej poznać, do tej pory myślałam, że Josh jest miłym chłopakiem nie zdolnym zrobić nikomu krzywdy, jednak wczorajsza noc, ta cholerna noc dużo mi uświadomiła. Uświadomiła mi, że nie znam Josha tak bardzo jak mi się wydawało. To głupie uczucie, przez jedno wydarzenie tak zmienić nastawienie do czyjejś osoby. Oczywiście ja Josha nadal bardzo lubię, ale można powiedzieć, że teraz zaczęłam się go bać. Nim się obejrzałam minęła godzina czternasta, a ja musiałam się śpieszyć, żeby nie spóźnić się do pracy, pobiegłam w stronę samochodu i ruszyłam w wyznaczone miejsce. Z tego pośpiechu zapomniałam włączyć telefonu. Dobrze, że w okolicy nie było policji, bo gdyby była to mandat miałabym gwarantowany. Zauważyłam szyld naszej kafejki gdy była godzina 14.50, co oznacza, że miałam jeszcze dziesięć minut czasu do rozpoczęcia mojej zmiany. Zaparkowałam, na pierwszym wolnym miejscu i wysiadłam, kierowałam się ku wejściu gdy nagle nieznana mi osoba przytuliła mnie, po chwili nieznana mi osoba była mi już znana, wszędzie rozpoznałabym te niebiańskie perfumy, Josh
- Wiktorio West, zabraniam ci kiedykolwiek mnie tak straszyć jak dzisiaj, gdzieś ty się podziewała dziewczyno? Dzwoniłem do ciebie chyba ze sto razy, przeszukałam cały Londyn, żeby cię znaleźć, ale nigdzie cię nie było, więc tłumacz się gdzie byłaś i dlaczego chcesz żebym umarł zamartwiając się o ciebie? – mówił jak najęty
- okej, po pierwsze to się uspokój, bo zaraz wybuchniesz z nerwów – zaśmiałam się
- i ty się jeszcze śmiejesz, ja tutaj na zawał schodzę
- ej spokojnie, żyje nic mi nie jest widzisz, umiem o siebie zadbać – powiedziałam spokojnie, żeby się już tak nie martwił
- tak na szczęście nic ci nie jest, ale czemu wyłączyłaś telefon? – spytał zaciekawiony
- chciałam być sama – spojrzał na mnie pytająco, więc dodałam – później ci opowiem dobrze?
- dobrze, a teraz zmykaj, bo spóźnisz się do pracy, będę po ciebie o równej 19 jasne?
- tak wszystko jest jak najbardziej jasne, tylko czy mógłbyś odstawić moje auto do mojego domu?
- no pewnie! Tylko daj mi kluczyki – wyciągnęłam kluczyki z mojej kieszeni i dałam je Joshowi  - dobra to ja zmykam, widzimy się o dziewiętnastej, pa! – powiedziałam i dałam mu całusa w policzek

- pa! – odpowiedział radośnie, gdy weszłam do lokalu usłyszałam dźwięk odpalanego silnika od mojego auta, popatrzyłam przez szybę po czym usłyszałam donośny dźwięk klaksonu, a dopiero potem Josh odjechał. Praca przebiegła bardzo szybko mimo, że dzisiaj klienci byli bardzo wybredni, to, kawa była za zimna, to ciasto było wysuszone, marudzili jak małe dzieci, no ale cóż, klient nasz pan. Nim się obejrzałam była już 19.00, nie powiem byłam trochę zdenerwowana, układałam w głowie wszystko co chciałam dzisiaj powiedzieć Joshowi. Byłam ciekawa jak zareaguje. Oby wszystko poszło po mojej myśli. Przebrałam się w swoje normalne ciuchy wzięłam torbę i wyszłam na zewnątrz. Josha jeszcze nie było przez co byłam zaskoczona, przecież on się nigdy nie spóźnia, no chyba, że chodzi o szkołę. Usiadłam na krawężniku i postanowiłam na niego poczekać, może miał coś do załatwienia i mu się przedłużyło. Czekałam cierpliwie już 10 minut, po kolejnych pięciu już zaczynałam się trochę irytować gdy spóźniał się już dwadzieścia minut postanowiłam sobie pójść. Po drodze już go nie spotkałam, olał mnie. Zawiedziona jego zachowaniem weszłam do domu. Nie miałam dzisiaj już na nic siły więc bez mycia się, ubrałam bluzkę do połowy ud kiedy miałam się już kłaść na podłodze zauważyłam bransoletkę, była dość dziwna, miała kolor czarny, a oprócz tego wydawała od siebie czarny blask chciałam ją wziąć do ręki, ale mnie sparzyła syknęłam z bólu i szybko ją puściłam po pewnym czasie przyglądania się jej spróbowałam jeszcze raz ją dotknąć tym razem nic się nie stało, bransoletka była zimna, jakim cudem? Przecież dopiero co nie dało jej się dotknąć. Po krótkim zastanowieniu otwarłam szafę i położyłam ową rzecz na jej dno. Zamknęłam szafę i  położyłam się do łóżka. Moje myśli zajął Josh, dlaczego się nie pojawił? Czyżby był na mnie zły? Nie to raczej nie wchodziło w grę. Wiki ty geniuszu, czemu do niego nie zadzwoniłaś? Odezwała się moja podświadomość, szybko sięgnęłam po telefon i wykręciłam jego numer, pierwszy sygnał, drugi trzeci, czekałam jeszcze chwilę, po czym odezwała się poczta głosowa. Zrezygnowana odłożyłam  telefon na szafkę nocną i znów się położyłam, po chwili usnęłam. 

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 12

Josh napiął wszystkie swoje mięśnie i powiedział
- nie ruszaj się stąd mała, mam coś do załatwienia – popatrzyłam na niego przerażona
- Josh proszę zostaw go w spokoju, proszę nie musisz tego robić
-ależ muszę, nie ujdzie mu to, że  cię skrzywdził, za kogo on się ma! – wściekły ruszył w stronę mojego oprawcy, pobiegłam za nim, chciałam go zatrzymać, ale moje działania na nic się nie zdały, był już pięć kroków od mężczyzny który mnie zaatakował, starszy człowiek spojrzał na niego ze strachem gdy Josh szarpnął go za kurtkę
- siema! My się chyba jeszcze nie znamy – powiedział ze złością – a wiesz… może poznajesz ją! – krzyknął i odwrócił go tak że był w stanie dobrze mi się przyjrzeć
- j-j-ja, nie-e, wiem – jąkał się i nie wiedział co powiedzieć był pełen strachu
- to wiesz może ja ci przypomnę – jeszcze silniej zacisnął swoje ręce na jego kurtce i wycelował pięść w jego nos, mężczyzna jęknął z bólu, a zaraz potem z jego nosa zaczęła ciurkiem lecieć krew… tylko nie krew, musiałam opierać się z całych sił byle by nie zemdleć, nie teraz – a może teraz! Coś ci się przypomniało? – facet wciąż nic nie mówił – nie? To może zacznijmy od tego byś oddał jej telefon, po dobroci lub nie…
- ale ja go nie mam przy sobie… - powiedział rozpaczliwie
- czyli nie mam innego wyjścia – wycedził rzez zęby, zaraz potem wszystko potoczyło się bardzo szybko… Josh z niewyobrażalną siłą rzucił go na pień drzewa i podszedł do niego. Przypatrywałam się temu czując się taka bezsilna, nic nie mogłam, nawet gdybym próbowała to on i tak mnie nie posłucha... brunet kopnął go w brzuch, a zaraz po tym usiadł na nim i obkładał go pięściami
-Josh przestań! – krzyknęłam rozpaczliwie, jednak on nic sobie z tego nie robił, zachowywał się jakby był w jakimś pieprzonym transie, bałam się że jeśli zrobi coś temu gościowi to będzie miał poważne problemy  - Josh słyszysz mnie! – teraz jednak się odezwał, lecz nie do mnie mówił do niego
- i jak się teraz czujesz? Chujowo? Mam nadzieje, że nawet gorzej, wiesz czemu to robie? Pewnie wiesz… lepiej było by chyba zostawić ją w spokoju, ale nie mogłeś się powstrzymać prawda? Taka szansa by się już nigdy nie powtórzyła okraść i pobić bezbronną dziewczynę, teraz nie jesteś taki cwany! – mówił z jadem i znowu zaczął okładać go pięściami, nie mogłam już tego wytrzymać, bałam się go…
- Josh przestań! Boje się ciebie! – te słowa zadziałały na niego jak zimna woda, wstał i natychmiastowo do mnie podszedł, jednak ja odsunęłam się od niego, sprawiając mu tym sposobem niesamowity ból, który był widoczny w jego oczach – nie podchodź do mnie
- Wiki, proszę nie masz się czego bać, to nadal ja Josh widzisz – powiedział zrozpaczony
- nie wiem kim jesteś, ale z pewnością nie jesteś Joshem jakiego znam – powiedziałam głosem, który łamał się pod wpływem mojego płaczu
- Wiki, posł… - chciał coś powiedzieć jednak już nie mogłam dalej go słuchać
- ty już lepiej nic nie mów, tylko daj znać gdy wróci Josh którego znam – odwróciłam się i zaczęłam biec w stronę swojego domu, Josh krzyczał jeszcze za mną jednak już go nie słuchałam. Wpadłam do domu, zamknęłam drzwi i pobiegłam w stronę mojego pokoju, wbiegłam do środka i rzuciłam się z płaczem na łóżko, łzy powoli moczyły moja poduszkę jednak miałam to gdzieś, myślałam o całym dzisiejszym dniu, o tym jak Josh mógł z tak przeuroczego chłopaka zmienić się w groźnego człowieka… zastanawiałam się skąd u kogoś możliwa jest tak wielka siła, podczas tych przemyśleń okno od mojego pokoju otworzyło się jak mniemam od dość dużego wiatru na polu, szybko wyszłam z łóżka zamknęłam okno i ruszyłam do łazienki leniwie weszłam pod prysznic, gdy z niego wyszłam czułam się odrobinę lepiej niż jakieś dwie godziny temu, wytarłam swoje ciało ręcznikiem założyłam pierwszą lepszą koszulkę która leżała w łazience i znów udałam się do swojego pokoju. Padłam na łóżko, a ono w mgnieniu oka zaprowadziło mnie do krainy morfeusza. Następnego dnia pogoda była wręcz fatalna, lało i co gorsza co jakiś czas na niebie pojawiały się pioruny ugh… burza, no ale nic z tym nie zrobię na szczęście dzisiaj jest piątek, co oznacza, że jutro jest sobota, czyli mam wolne… W powolnym tempie ruszyłam w stronę łazienki szybko rozczesałam moje włosy. Teraz najtrudniejszą rzeczą jaką muszę zrobić jest zamaskowanie tego fioletowego śladu na mojej twarzy. Zajęło mi to z dziesięć minut. Wzięłam mój plecak z książkami i zeszłam na dół, schowałam do plecaka dwa jabłka i wyszłam z domu, nie zapominając zamknąć drzwi. Ruszyłam w stronę przystanku autobusowego, bo w taką pogodę to ja na pewno na piechotę nie będę szła, w zasadzie gdybym nie to co wczoraj widziałam to zadzwoniłabym do Josha, który by po mnie przyjechał, ale niestety tego nie zrobię. Trochę za nim tęsknie, za jego uśmiechem i tych jego cudnych oczach… ej, ej, ej, Wiki przestań to tylko zwykły facet nic nadzwyczajnego, co z tego, że to najlepszy facet jakiego do tąd w swoim życiu poznałam, przecież spotkam jeszcze wielu ludzi, prawda? Mam co do tego mieszane uczucia, to co mi wczoraj powiedział naprawdę ruszyło moje serce, ale zaraz po tym ta bójka, na samo to wspomnienie przeszły mnie ciarki… gdy widziałam zakrwawioną twarz tego gościa, to odrobinkę zrobiło mi się szkoda, tak wiem, wiem, kto normalny współczuje komuś kto wcześniej cię pobił i okradł, no ale ja jestem Wiktoria, ja nie jestem normalna. Rozmyślając tak o Joshu nawet nie spostrzegłam się jak dotarłam na przystanek spojrzałam najpierw na zegarek, a potem na rozkład jazdy, autobus przyjedzie dopiero ze dziesięć minut, a ja jestem cała mokra, coś czuję, że będę chora i jeszcze dzisiaj muszę iść do pracy, mimo iż ją kocham to mam takiego lenia, że z chęcią cały dzień przeleżałabym w łóżku. Siedziałam i marzłam na przystanku i szczerze to teraz zastanawiam się czemu nie zabrałam swojego auta tylko się tutaj kiszę. Śmiejąc się z własnej głupoty zauważyłam nadjeżdżający autobus.  Usiadłam na pierwszym lepszym miejscu, a autobus ruszył dalej, na następnym przystanku wsiadł znany mi ze szkoły chłopak, co dziwne zmierzał on w moim kierunku, usiadł koło mnie
-cześć! Może mnie kojarzysz? Jestem Matt – uśmiechnął się miło
- tak kojarzę cię, jestem Wiki – odpowiedziałam
- miło mi cię poznać
- mnie też jest miło – przez całą drogę do szkoły rozmawialiśmy o różnych głupotach, gdy razem zmierzaliśmy do szkoły Matt mnie szturchnął i powiedział przyciszonym głosem 
- ej Wiki, ten koleś przy wejściu do szkoły to twój facet, bo gapi się na nas, a może raczej na mnie jakby planował jak mnie zabić – spojrzałam w tamtym kierunku i po sylwetce od razu poznałam kto stoi przy drzwiach, no nie zgadniecie, tam stał Josh i faktycznie patrzył na Matta jakby chciał go zabić
- wiesz to jest dość skomplikowane, niby to mój chłopak, ale niby nie – powiedziałam z kwaśną miną
-aha, no to wszystko jasne – powiedział już przy wejściu do szkoły, gdy chciałam wejść do środka coś, a raczej ktoś mnie zatrzymał
- Wiki chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział patrząc na mnie, nie mogłam się nie zgodzić widząc te jego cudne oczka
- okej, ale nie teraz
- to po lekcjach, będę tu czekał, nawet nie wiesz jak się cieszę, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać – mówił jak nakręcony
- po lekcjach nie mogę, bo…
- bo pewnie idziesz gdzieś z tym całym Mattem prawda?
- Josh o czym ty w ogóle gadasz? Nie, nie idę się spotkać z Mattem, nie mogę iść z tobą po lekcjach, bo idę do pracy – powiedziałam zła, co on sobie myśli!?
- wiesz, to wszystko wiele wyjaśnia – powiedział trochę speszony, może zawstydzony
- dobra, nieważne, jak chcesz ze mną pogadać to kończę pracę o 19.00 – powiedziałam i szybko odeszłam nie dając mu czasu na odpowiedź. Ruszyłam w stronę mojej szafki gdy już tam dotarłam, wzięłam wszystkie potrzebne mi książki, a plecak powiesiłam na specjalnym wieszaku. Pierwsza lekcja to geografia, czyli cała godzina ględzenia przez pana profesora Buneera, tak każe na siebie mówić. Szłam w stronę klasy, kiedy zauważyłam Matta, on również mnie zauważył, dlatego wesoło się do mnie uśmiechnął i pomachał, odmachałam mu. Całemu temu zdarzeniu przyglądała się szkolna elita, a głównie jedna osoba z tej elity, mianowicie Charlotte. Widać była lekko zdziwiona, no bo przecież jak można machać tak odrażającej osobie jak ja. Byłam już przy sali gdy dzwonek oznajmujący rozpoczęcie lekcji zadzwonił, siadłam w trzeciej ławce od okna, obok mnie nie było nikogo, gdyż Jessica wciąż była chora, przede mną siedzieli Max i Wendy, których znałam i raczej nic do nich nie mam, bardzo miłe z nich osoby. Za mną usiadła Charlotte, to nie wróży nic dobrego. Pan Buneer, wszedł do klasy jak zwykle spóźniony, odczytał obecność. Josha nie było w Sali co oznacza, że postanowił sobie odpuścić dzisiejszą geografie. Znudzona siedziałam i rysowałam na końcu zeszytu nieznane nawet mi obrazy, po pewnym czasie na mojej ławce wylądowała karteczka z napisem:  „Robisz coś dzisiaj po szkole?”, odwróciłam się żeby zobaczyć kto jest nadawcą tej wiadomości. Jak się okazało karteczkę która wylądowała na mojej ławce napisał Matt, gdyż patrzył się na mnie i Siudo mnie uśmiechał, czekając, aż napiszę odpowiedź. Wyciągnęłam długopis z piórnika i szybko napisałam: „ Wybacz, ale dzisiaj idę do pracy i nie będę mieć czasu :(„ odrzuciłam kartkę i patrzyłam na reakcję Matta, po jego minie widziałam, że nie był zadowolony, ale po chwili się trochę rozchmurzył, odpisał: „ Trudno, może następnym razem się uda” nie odpowiedziałam jednak promiennie się do niego uśmiechnęłam. Dzwonek na przerwę zadzwonił, a ja pędem ruszyłam do naszej przebieralni, jak się domyślacie mam teraz w-f. przebrałam się szybko i weszłam na salę, z powodu deszczu lekcje nie mogły się odbywać na polu, usiadłam na trybunach i czekałam, aż lekcja się zacznie. Niedługo po mnie do sali przychodziło więcej uczniów. Lekcja się zaczęła, z Josha nadal nigdzie nie widać, co jest dziwne bo przecież on lubi sport. Zaczęliśmy rozgrzewkę, kilka kółek do przebiegnięcia potem jeszcze się rozciągaliśmy i zaczęliśmy wybierać składy do gry w siatkówkę. Pan wuefista na kapitanów wybrał Maxa i Matta, chłopaki wybierali po kolei od najlepszych do najgorszych, ja byłam tak gdzieś w połowie stawki. Trafiłam do drużyny Maxa. Oprócz mnie i jego w drużynie byli też Andrew, Christopher, Oliver i Hannah. Zaczęliśmy grać. Mecze były wyrównane, ale ostatecznie to my wygraliśmy. Matt pogratulował mi świetnego, przytulił mnie i dał całusa w policzek przez co na mojej twarzy pojawił się spory rumieniec. Na moje nieszczęście wszystkiemu przyglądał się zirytowany Josh. 

piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 11

- widzę, że już pogodzeni, więc może byśmy tak oglądnęli jakiś film?
- mi pasuje - odpowiedziałam
- mi też - Josh się do mnie uśmiechnął
- mówię wam, ale Will będzie zły, że pozna cię jako ostatni - podniecił się Luke
- no - odpowiedział mu osobnik znajdujący się po mojej lewej
- wybrałem nam krainę lodu do oglądnięcia, co wy na to
- ekstra! - krzyknęłam - już kiedyś miałam to oglądnąć, ale jakoś nie było czasu
- piąteczka, że się zgadzamy - wystawiłam dłoń Lukowi, który usiadł po mojej prawej stronie, przez cały czas wymieniałam uwagi dotyczące filmu z Lukiem, od czasu do czasu spoglądając na Josha, który wydawał się trochę zły? Nie jestem do końca pewna, ale na jego twarzy widoczna była zazdrość, tylko o co? Po skończonym filmie była godzina 15:00, dlatego Luke oznajmił, że musi już spadać, przytulił nie na pożegnanie i dał przyjacielskiego całusa w policzek w tym momencie po minie Josha wnioskowałam, że był w stanie wybuchnąć, ale nic się nie odezwał przybili sobie nawzajem piątki, takie wiecie, jak się faceci witają i żegnają
- no to pa! Widzimy się w sobotę - pożegnał się Luke
- na pewno - odkrzyknęłam, Josh nic nie powiedział, dobra czyli muszę z nim pogadać
- Jesteś zły? - zapytałam spokojnie
- nie - aha czyli jest zły
- wiesz, pewien przystojny i kochany człowiek powiedział mi "nie kłam, bo wiem kiedy to robisz" - zacytowałam jego samego
- a w skali od jeden do dziesięć jak przystojny był ten człowiek - zapytał Josh udając, że nie wie o kim ja mówię
- hymm... wiesz  w skali od jeden do dziesięć daję mu... sześćdziesiąt dziewięć - powiedziałam do niego
- ciekawe, nie powiem, że nie... - uśmiechnął się
- o, a co to? - wskazałam na jego uśmiech - czyżbyś już nie był zazdrosny?
- ja wcale nie byłem zazdrosny - oburzył się
- nie, wcale - zaczęłam sarkastycznie - wiesz może zadzwonię do Luka, żeby przyszedł jeszcze na chwilkę jeśli będzie miał czas
- nie! - odpowiedział natychmiastowo, a ja uniosłam brew - to znaczy się... Luke na pewno nie będzie miał czasu
- jesteś pewny? może jednak znajdzie chwilkę?
- wygrałaś - powiedział naburmuszony, żeby poprawić jego humor, dałam mu soczystego buziaka w policzek i przytuliłam
- lepiej ci już? - zapytałam widząc jego zawadiacki uśmiech
- tak - pogadaliśmy jeszcze chwile po czym Josh stwierdził, że musimy już jechać, bo seans zaczyna się o 16:30, a zbliżała się już 16:00 - no wychodź szybciej, spóźnimy się i to nie będzie moja wina
- oj no nie gorączkuj się już tak - Josh zamknął za mną drzwi i ruszył w kierunku garażu, wyjechał z niego autem? a co się stało z jego ścigaczem, popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem, gdy wysiadał z samochodu
- i jak podoba ci się moje nowe dziecko - uśmiechnął się
- no, nawet bardzo, w końcu nie będę się musiała bać, że spadnę gdzieś po drodze - zażartowałam
- nie martw się motory się nie pozbyłem - odgryzł mi się - a teraz bardzo proszę piękną panią, o wejście do mojego samochodu - otworzył mi drzwi od swojego cacka, a potem zamknął, po chwili był już na miejscu kierowcy, ruszyliśmy, Josh w trakcie jazdy włączył radio, leciała cudowna piosenka, do której niestety nie znam słów, jednak Josh chyba zna, bo zaczyna nucić sobie pod nosem, za chwilę usłyszałam jego cudowny głos, ten, to ma talent, śpiewał pięknie... i do tego jeszcze ta jego chrypa w głosie, no tak to ja mogę jeździć wszędzie. Przez całą drogą przypatrywałam się Joshowi, jednak on udając, że tego nie widzi śpiewał dalej, niestety dotarliśmy do kina, Josh szybko wyszedł z samochodu i przyszedł mi otworzyć podziękowałam mu szerokim uśmiechem. Weszliśmy do kina, Josh poszedł kupić bilety, a ja udałam się po popcorn, stało się tak gdyż, Josh chce mi zrobić niespodziankę, tak abym nie wiedziała jaki film będziemy oglądać - chodź - Josh chwycił mnie za rękę i zaprowadził pod salę, w której jak mniemam będzie puszczany nasz film, weszliśmy tam razem, jak się okazało, Josh załatwił dla nas miejsca na samym środku sali, z czego się cieszyłam, bo będziemy mieli najlepszy widok na ekran. Po dziesięciu minutach czekania i oglądania reklam film się już zaczął, a ja już szczerze chciałam wyjść
- Josh! czemu nie powiedziałeś mi, że to będzie horror, do reszty cię pogięło - krzyczałam na niego szeptem
- nie mówiłem ci, bo dobrze wiedziałem, że jak ci powiem na co idziemy to nie będziesz chciała iść
- no może dlatego, że będę mieć jakieś dziwne koszmary w nocy
- nie bój się, nie ma czego to tylko film, pomyśl sobie, że kiedy oni to nagrywali to śmiali się z tego wszystkiego
- nie robi mi się jakoś lepiej, przez ten fakt
- mam pomysł, jak się będziesz bała, to się po prostu do mnie przytul - powiedział spokojnie
- ty małpo! wymyśliłeś to wcześniej, przejrzałam cie
- co? ja? czemu miałbym to wymyślić wcześniej?
- zabawne, ale wiesz skoro już mówisz, że będę się mogła do ciebie przytulać, to może jakoś przeżyję ten film
- zobaczysz, nie będzie tak źle, przecież masz mnie koło siebie
- ach, no racja zapomniałam - już dalej w spokoju oglądaliśmy film, cały czas tuliłam się do Josha, a on objął mnie ramieniem, zawsze jak było coś straszniejszego to chowałam głowę w jego tors, a gdy po chwili znów zerkałam w stronę ekranu, widziałam jak Josh śmieje się głupkowato sam do siebie... wreszcie te katusze się skończyły i wyszliśmy na świeże powietrze, nie chciałam jeszcze wracać do domu, dlatego zaproponowałam pójście do parku na spacer, na co Josh się ochoczo zgodził i takim sposobem teraz spacerujemy sobie po pięknym Londyńskim parkiem, w pewnej chwili Josh zatrzymał się i spojrzał na mnie i zaczął się do mnie zbliżać, pocałował mnie namiętnie, przez co ja wplotłam palce w jego miękkie włosy, oraz odwzajemniłam pocałunek, jednak on nie był mi dłużny, całował mnie całym sobą, przyparł mnie do drzewa, a moje nogi w tej chwili były jak z waty, pociągnęłam mocniej za jego włosy, na co cicho mruknął, chyba mu się podoba, oderwaliśmy się od siebie, gdyż obydwoje potrzebowaliśmy zaczerpnąć powietrza, Josh nie spuszczał ze mnie wzroku, on jako pierwszy postanowił coś powiedzieć
- Wiki, jesteś najcudowniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek, pragnę abyś była moja, nie w sensie rzeczowym, chcę abym tylko ja mógł cię tak dotykać, całować, bym tylko ja mógł się o ciebie dbać, troszczyć się, jesteś niesamowita - powiedział na jednym wydechu, nie odpowiedziałam, jednak pocałowałam go znów - czy to oznacza, że będziesz moją dziewczyną? - zapytał pełny nadziei
- a jak myślisz? - Josh przytulił mnie z całej siły i zakręcił mnie dookoła siebie
- nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy - wykrzyknął, a ja się zaśmiałam, teraz szliśmy wzdłuż alejki którą tu przyszliśmy, jednak coś zaniepokoiło moje oczy, stanęłam na chodniku jak wryta - co się dzieje piękna - zapytał zaniepokojony Josh
- To on... - Josh zrozumiał od razu

Rozdział 10

Moje rozmyślania przerwał mój zacny królewicz
- i jak ci się podobają moje skromne progi - powiedział przy czym zabawnie rozłożył ręce, żeby pokazać mi jego przestrzeń
- strasznie masz tu przytulnie - powiedziałam szczerze
- dziękuję, a teraz wybaczy mi śliczna pani jednak muszę ją zostawić, gdyż śmierdzę jak świnia, dlatego powinienem pójść się wykąpać - zaśmiałam się na jego słowa i pomachałam mu na pożegnanie, miałam teraz czas, aby lepiej przyjrzeć się małej części jego mieszkania. Co prawda sporo różniło się od mojego jednak posiadało cząstkę Josha w sobie, tak jak powiedziałam Joshowi było tu bardzo przytulnie, przy jego kominku mogła bym już zostać na zawszę i czytać przy nim książki, na suficie wisiał mały żyrandol, na ścianach znajdowały się fotografie, które szczerze mnie zainteresowały, podeszłam do jednej z nich, która przedstawiała Josha i jakiś dwóch mężczyzn, z czego wnioskuje, że byli to już wcześniej mi wspominani Luke i Will. Patrzyłam na fotografię i ten wielki uśmiech Josha, muszą być naprawdę ze sobą blisko
- miałaś leżeć - Josh wymruczał do mnie i objął mnie swoimi ramionami, przeszedł mnie przyjemny dreszcz, który przyniósł za sobą gęsią skórkę, staliśmy tak i wpatrywaliśmy się w zdjęcia
- wiem, że miałam... to są Luke i Will?
- tak, i przypominam ci, że obiecałaś mi, iż przyjdziesz ich poznać w sobotę
- pamiętam, nie zapominam obietnic, których składam - powiedziałam spokojnie.  Stoimy tak już od dłuższej chwili nie zmieniając pozycji, jedyne co się zmieniło to, to, że głowa Josha zamiast być nad moją głową jest w zagłębieniu mojej szyi, przez co od czasu do czasu mam dreszcze, trzymam swoje ręce na rękach Josha splecionych na mojej talii, czuję się wspaniale, jednak nawet najwspanialsze chwile kiedyś się kończą, teraz została zakłócona przez dzwonek do drzwi. Josh posłał mi zdziwione spojrzenie, co oznaczało, że on sam nie wie kogo się spodziewać. Jednak poszedł otworzyć
- siema stary! - usłyszałam czyiś obcy głos
- siema Luke, co ty tu dzisiaj robisz? - oho, czyli zapowiada się, że jednego z przyjaciół Josha poznam już dzisiaj, będzie ciekawie
- wiesz trochę mi się nudzi, więc pomyślałem, że wpadnę, nie będę ci siedział na głowie za długo, bo o 16:00 spotykam się z Paulą, a w ogóle to co nie cieszysz się, że mnie widzisz?
- nie no pewnie, że się ciesze, ale mogłeś chociaż zadzwonić z wyprzedzeniem
- oj no przepraszam to mogę wejść?
- no jasne! tylko uprzedzam, że nie jestem sam
- no to z kim? - jak mniemam Luke, właśnie mnie zobaczył, a jego oczy przypominały pięciozłotówki, nastała chwila ciszy po czym Josh powiedział
- Luke poznaj Wiki, Wiki poznaj Luka
- o jacie! to ty! no nareszcie cię widzę, po opisach Josha wiedziałem, że jesteś ładna, ale nie wiedziałem, ze aż tak - zarumieniłam się na jego słowa - miło mi cię poznać - wyciągnął do mnie rękę, przez co miło ją uścisnęłam
- mnie też jest miło - uśmiechnęłam się
- mam nadzieję, że w niczym ważnym wam nie przeszkodziłem - poruszał znacząco brwiami
- Luke ty zboczeńcu! - krzyknął wesoło Josh
- no co! Ja się tylko spytałem, ale widząc po twojej twarzy Wiki sądzę, że jednak się coś działo, więc bardzo proszę na mnie nie krzyczeć - na jego słowa na mojej twarzy pojawił się jeszcze większy burak, niż miałam przed chwilą
- nie przejmuj się Wiki - pocieszył mnie Josh - on tak zawsze, ale kiedy my mówimy tak o nim i o Pauli, to wielki oburzony jest - wnioskuję, że niejaka Paula to dziewczyna Luka
- przymknij się już Josheph! - krzyknął na niego... czekaj, czekaj Josheph, no nie mogę... nie wiedziałam, że Josh to skrót od Josheph, wybuchłam śmiechem
- Jezus, Maria, Luke czemu użyłeś mojego pełnego imienia - mówił Josheph, próbując przebić się przez mój głośny śmiech, na szczęście nie śmiałam się sama bo Luke dotrzymywał mi przy tym towarzystwa - Wiktorio, to nie jest śmieszne - o, niee...
- jesteś okropny - powiedziałam i strzeliłam tak zwanego focha, nie będzie mnie nazywał moim pełnym imieniem, zwłaszcza, że wie jak jak go nie na widzę
- ej Wikuś, nie obrażaj się - poprosił Josh
- okej to ja się spokojnie wycofam do kuchni, dobrze wiemy, że z obrażoną kobietą nie warto wchodzić w poważniejsze dyskusje - w pół żart, w pół serio powiedział Luke, podczas wypowiadania swoich słów cofał się do tyłu, przez co już go nie mogłam dojrzeć
- piękna... halo, nie mogłaś się na mnie obrazić, w końcu ja powinienem, śmiałaś się z mojego pełnego imienia - starałam się nie uśmiechać i nie patrzeć na niego, jak na razie świetnie i to wychodziło, ale coś czuję, że długo tak nie pociągnę - mała... no chodź się przytul do wujka Joshepha! - uśmiechnęłam się szeroko, bo już nie mogłam tego powstrzymać - wiedziałem, że się mi nie oprzesz, jestem taki boski, każda na mnie leci... ała! - krzyknął, ponieważ walnęłam go solidnie w łeb - co ja ci takiego zrobiłem?
- powiedziałeś do mnie Wiktoria

- oj no przepraszam, już jest ok - kiwnęłam wesoło głową i mogę się założyć z każdym z was, że w tym momencie wyglądałam jak ośmio latka, która się na coś zgadza, wtuliłam się w ciało Josha i wdychałam jego cudowne perfumy