piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 6

Rano obudziłam się i... o ja pierdole, spóźnię się do szkoły jest 7:36, a ja jeszcze z domu nie wyszłam, wstałam z łóżka w tempie Bolta i tak samo szybko wykonałam wszystkie poranne czynności. Nareszcie wyszłam z domu, pędem pobiegłam wzdłuż ulicy, niestety nawet jakbym biegła z prędkością światła nie zdążyła bym na lekcję. Tak jak przypuszczałam, spóźniłam się na lekcję, wparowałam do klasy
- dzień dobry przepraszam za spóźnienie, ale...
- nic się nie dzieje, każdemu się może zdarzyć - powiedział pan od angielskiego, co za szczęście - a teraz usiądź bardzo proszę na wolnym miejscu - popatrzyłam po klasie, i napotkałam rozbawiony wzrok Josha i fałszywy wzrok Charlotte, nie patrząc już na nikogo ruszyłam w stronę wolnej ławki, niestety ktoś postanowił podstawić i nogę po drodze, a ja poleciałam na ziemię, po klasie rozległ się głośny śmiech
- uważaj jak chodzisz kujonie - krzyknął ktoś z rogu sali
- cisza! -  chciał ich wszystkich uspokoić pan Nix, niestety to nie podziałało, dlatego ze spuszczoną głową udałam się do ławki, podczas lekcji czułam na sobie czyiś wzrok, jednak nie odważyłam się podnieść głowy, mój wstyd mi na to nie pozwalał, po czasie gdy już zaczęło mnie to denerwować, podniosłam głowę popatrzyłam przez salę i napotkałam na swojej drodze te piękne tęczówki, które patrzyły na mnie z troską i współczuciem. Uśmiechnęłam się do niego, żeby pokazać mu, że wszystko jest okej, ale chyba nie chciał mi wierzyć. Wymianę naszych spojrzeń przerwał dzwonek zwiastujący koniec lekcji, zaczęłam się pakować podczas kiedy ktoś do mnie podszedł
-  nic ci nie jest? nie wyglądało to za ciekawie... - zapytał się mnie z wyczuwalną obawą
- tak, wszystko jest dobrze, już dawno zdążyłam się przyzwyczaić
- często się to zdarza?
- prawie zawsze, ale już nie zwracam uwagi na te homonidy - powiedziałam, a Josh się wesoło zaśmiał - co racja to racja, ale nie pozwól sobą tak pomiatać, postaw się czasem
- łatwo mówić, trudniej zrobić - odpowiedziałam smutno
- ej, ale mi tu się nie smuć, masz mnie masz Jess, jesteśmy razem tak czy nie?
- no tak - odpowiedziałam wesoło
- no i taka masz być już na zawsze, wiecznie wesoła, rozumiesz
- rozumiem - dalej już szliśmy korytarzem w ciszy, ale nie takiej niezręcznej, tylko dość przyjemnej ciszy, po dzwonku poszliśmy w swoje strony i nie widziałam Josha już do końca dnia w szkole. Po zakończonych lekcjach, podbiegł do mnie z zapytaniem o podwiezienie, ale odmówiłam, bo przecież idę do Jess, a to ma nie po drodze, trochę się upierał, ale po chwili odpuścił, może dlatego, że obiecałam mu, iż jutro na pewno z nim pojadę. Rozmyślałam i szłam sobie spokojnie parkiem, aż nagle coś dziwnego przeleciało mi między oczami, ale raczej mi się  przywidziało, bo gdy  mrugnęłam oczami nic już nie dziwnego widziałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz